14 listopada 2017

Specjalista od Budowy Rakiet – David Adair


Sezon 8, odcinek 2
Data emisji odcinka: 15-08-2017



DW: David Wilcock
DA: David Adair

DW: Witam w programie Kosmiczne Ujawnienie, nazywam się David Wilcock i dziś moim gościem jest David Adair. Masz bardzo ciekawą historię do opowiedzenia, więc zacznijmy od samego początku.



DA: Cała historia składa się z szeregu wydarzeń. Moja mama była pielęgniarką, a jest to rok 1966 – była oddziałową na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej. Pracowała na trzeciej zmianie od godziny 23 do 7 rano. Przebywał tam pacjent w podeszłym wieku, miał na imię Irving i miał 95 lat. Razem z nim przebywała tam jego żona Arizona, a ich syn Curtis przychodził w odwiedziny około 3 nad ranem. Ich nazwisko brzmiało LeMay.

DW: Ach! Ha, ha.

DA: Byli to rodzice Curtisa LeMay.


DA: Specjalizacją mojej mamy było pielęgniarstwo ratunkowe i odkąd kierowała trzecią zmianą Curtis LeMay musiał się do niej zwracać by zobaczyć się ze swoimi rodzicami. Zostali więc przyjaciółmi.
Pojawiał się o 3 nad ranem - bo wiadomo podobnie jak w dzisiejszych czasach przez paparazzi - a on był wpływowym człowiekiem, byłym szefem sztabu, twórcą B-52, założycielem Dowództwa Lotnictwa Strategicznego (SAC).

DW: No tak.

DA: Tak poznał moją mamę. To był sympatyczny facet, rozmawiali ze sobą o wszystkim np. „Jak wygląda twoja rodzina?” Mama odpowiedziała „Mam męża i trzech synów, ale ten młodszy jest trochę inny.” Zapytał: „Co masz na myśli?” Odpowiedziała: „Odpala różne rakiety na pastwiskach. One są naprawdę szybkie i duże.”


Zapytał: „Jakiej są wysokości?” A ona: „Tak gdzieś dwa razy mojego wzrostu.”


On na to: „Kurczę, są naprawdę duże.” Ona: „I on cały czas coś zapisuje.” Wtedy zwróciła jego uwagę, odpowiedział: „Zapisał to w notatniku?”. A ona: „Tak, ma taki duży notatnik, zapisał już około 93 stron.” On na to: „Czy mogłabyś mi go raz przynieść, bym mógł go przejrzeć jednej nocy?”
Zaniosła mu go jednej nocy a ja nawet tego nie zauważyłem, gdyż o tej porze już spałem bo rano musiałem wstać do szkoły. Kiedy wróciła o 7 rano, odłożyła go na miejsce. Nawet się nie zorientowałem, że go nie było.

DW: Niesamowite!

DA: Curtis na niego spojrzał i zaczął przeglądać strony. On sam był bardzo mądrym facetem, powiedział tylko: „Rany!” Odwrócił się do mojej mamy i zapytał: „Macie tutaj może kopiarkę?”

DW: Ha, ha

DA: Skopiował około jednej trzeciej. Na całe szczęście nie skopiował wszystkiego, ale tylko jedną trzecią. Zabrał to ze sobą do Battelle Memorial, było to jakieś półtorej godziny od miejsca w którym mieszkałem. Do dużej grupy ekspertów.

DW: Co w tym notatniku zwróciło jego uwagę? Czy były to notatki z tych 1800 książek z biblioteki, które przeczytałeś?

DA: Nie, o tym co chciałem robić. Musiałem zbudować wszystko od samego początku. Czyli najpierw oszacowałem informacje, a wtedy przeprowadziłem swoje własne obliczenia. Następnie przeszedłem do elektromagnetycznego uwięzienia plazmy (electromagnetic fusion containment).

DW: Dla podróży w kosmosie?

DA: Tak, jako pułapki na słońce, pól elektromagnetycznych. Curtis zabrał kartki, które skopiował do Battelle Memorial i zapytał ich: „Czy to tylko bazgroły, czy coś ważnego?” Ich natychmiastowa reakcja była taka: „Kto to jest? Gdzie jest ta osoba, która to napisała?” Odpowiedział im: „Jakiś dzieciak odpala rakiety na pastwiskach.” A oni na to: „O Boże!” LeMay zapytał ich: „Czy to poważne?” A oni: „Tak. Chcielibyśmy się z nim spotkać.” To wtedy wszystko zaczęło się z LeMay.

DW: LeMay i jego ludzie zaczęli myśleć, że ty faktycznie opracowałeś sposób elektromagnetycznego uwięzienia plazmy. Powiedz, czy wtedy jeszcze nad tym nie pracowano? I jakie mogły być z tego korzyści jeśliby to działało?

DA: Jacyś ludzie pracowali nad takimi rzeczami w Los Alamos. Ale LeMay zobaczył, że według Battelle byłem na właściwej drodze i zdecydowanie coraz bardziej się przybliżałem. Byli trochę zdumieni, że nie pracowałem w jakimś instytucie czy agencji.
Dla LeMay’a oznaczało to coś jeszcze. Wyczuł, że może wiele z tego wyciągnąć, jeśli sfinansuje mi wszystko czego potrzebuję, a sam dzięki temu otrzyma to czego najbardziej poszukiwał, czyli prędkości. Poszukiwał ogromnej prędkości i miał nawet na to określenie, o którym nie słyszałem przed rokiem ’71, a które brzmiało: „Pierwsze uderzenie.”

DW: Dokładnie.

DA: Pomyślałem sobie: „Jesteś 15-letnim dzieciakiem, a ktoś jest skłonny dać ci wszystko to, czego potrzebujesz.” No jasne, że na to pójdziesz. Przecież nie powiesz „nie”.

DW: Dokładnie. Było paru krytyków mówiących, że: „Nie mogłeś sam tego dokonać w garażu.”

DA: Ależ oczywiście. Potrzebowałem wszystkich. A ten gość z całą jego władzą i pochodzeniem – choć był cywilem, ale to nie ma znaczenia jeśli chodzi o jego władzę – pracowała dla niego cała „Żelazna Triada” w skład której wchodził komercyjny i militarny kompleks przemysłowy.
Mieliśmy ludzi, którzy z nami pracowali. Mieliśmy podwykonawców, którzy produkowali dla nas części, których potrzebowaliśmy. Pracowaliśmy z ludźmi z National Livermore Laboratories w Los Alamos, Oak Ridge, Tennessee, Battelle Memorial. Lista jest długa.
LeMay był bardzo bystry. Podzieliliśmy wszystko na małe jednostki i tak wysyłaliśmy zlecenia. Wtedy osoba pracująca nad naszym urządzeniem nie była pewna co to jest. Mogła to być pewnego rodzaju część do napędu lub do regulacji przepływu. Bez wszystkich części nie mogłeś tego złożyć. To było mądre posunięcie z jego strony.
Kiedy te wszystkie części wróciły do naszego laboratorium, złożyłem je wszystkie razem. Pracowało nad tym setki ludzi. Zabrało nam to 26 i pół miesiąca. Chodziłem do szkoły, a po południu pracowałem z tymi wszystkimi ludźmi w moim wielkim laboratorium w garażu. Poprosiłem LeMay aby nikt tam nie nosił munduru a nosił zwykłe niebieskie jeansy i koszule w kratę, by wyglądali jak miejscowi, ponieważ starałem się wieść normalne życie. Odpowiedział mi na to: „O kurczę, to jest idealna przykrywka.” A ja wtedy: „A co to jest przykrywka?” On: „Nieważne. Po prostu rób swoje.”
Próbowałem nie rozmawiać za wiele o tym w szkole, ale dzieciaki wiedziały, że coś się ze mną dzieje.

DW: Czy LeMay powiedział ci, jakie miał plany odnośnie tego co dla niego robiłeś?

DA: On chciał … powiedział mi: „Chcę tego samego co ty, David.” A ja na to: „Och, ty też chcesz elektrowni elektromagnetycznego uwięzienia plazmy.” A on: „Tak, tego właśnie chcę. Zobaczmy co możemy zrobić by ją zdobyć.” Wiedział, że najlepszym sposobem na przetestowanie mojego paliwa będzie użycie go w rakiecie, i to było dokładnie czego chciał.


Pułkownik Bailey Arthur Williams był Oficerem Wykonawczym Generała LeMay. To on był codziennie na miejscu, nigdy nie widywałem tam LeMay’a tylko Pułkownika Williamsa.
Zabrało nam to 26 miesięcy, a kiedy wszystko ukończyliśmy byliśmy już gotowi załadować rakietę na ciężarówkę i zawieźć do Bazy Sił Powietrznych Wright-Patterson.


Pamiętam coś takiego: kiedy przyjechaliśmy stał tam wojskowy samolot transportowy C-141 Starlifter. Jeśli kiedykolwiek taki widziałeś to wiesz, że są przeogromne.

DW: Olbrzymie.

DA: Wokół samolotu stali mocno uzbrojeni ludzie Sił Powietrznych. Powiedzieli mi abym do niego podjechał. Bałem się podjechać, ponieważ pomyślałem że coś się dzieje. Nie chciałem nic schrzanić. I wtedy do mnie dotarło, że to wszystko jest dla mnie.

DW: Ha, ha.

DA: Pamiętam jak stałem na tej płycie, na tej wielkiej betonowej powierzchni obok wielkiego C-141 z tymi wszystkimi uzbrojonymi żołnierzami oraz ochroniarzami dookoła.
Pomyślałem sobie: „Mój Boże, to wszystko jest dla mnie! Zaraz padnę na zawał.”
Wtoczyliśmy rakietę do samolotu i polecieliśmy do White Sands w Nowym Meksyku. Tam mieliśmy ją odpalić. Dotarliśmy na miejsce i wszystko przygotowaliśmy. I właśnie wtedy zaczęły pojawiać się kolejne postacie w tej historii. Długo by opowiadać, ale do tego czasu zdążyłem się zaprzyjaźnić z Wernherem von Braunem.

DW: Ach!

DA: Ludzie mówią: „Jak to możliwe?” Zdobywałem nagrody w dziedzinie nauki. Zanim skończyłem 16 lat zdobyłem gdzieś ponad 100 naukowych nagród.

DW: Łał!

DA: Niektóre trofea były wyższe ode mnie. Dygnitarze wieszali mi na szyi medale. Jednym z nich był Wernher von Braun.

DW: Naprawdę?

DA: Jesteśmy, więc w White Sands z rakietą.

DW: Czy ta rakieta była w środku C-141?

DA: Tak.

DW: Dlatego go ochraniano?

DA: Oczywiście. LeMay ją wybrał i powiedział: „Dobry wybór.” Dotarliśmy do White Sands i wtedy się zaczęło. Następnego dnia wylądował czarny odrzutowiec DC-9. Zażartowałem do Półkownika Williamsa, kiedy on patrzył na DC-9: „A gdzie jest głowa króliczka?” No wiesz, króliczek na ogonie samolotu, w tamtym czasie latał takim Hugh Hefner.

 

DW: Króliczek Playboya.

DA: Dokładnie. Spojrzałem na niego, zwykle jest to naprawdę sympatyczny facet, ale teraz się nie uśmiechał. Nie wyglądał na zadowolonego. Miał ku temu dobry powód, martwił się i miał tu całkowitą rację.
Jak tylko samolot wjechał do naszego hangaru, zatrzymał się a z jego środka wyszli faceci ubrani w czarne garnitury i białe koszule z czarnymi wąskimi krawatami. Kiedy się zbliżyli zauważyłem, że mieli śmieszne wyglądające trójkątne zegarki.

DW: Trójkątne zegarki?

DA: Tak, były w kształcie trójkąta.

DW: Byli agentami?

DA: Właściwie to uważam, że byli to tak zwani Faceci w Czerni (MIB).

DW: Faceci w Czerni, łał.

DA: To było moje pierwsze z nimi zetknięcie. Nie wiedziałem kim byli. Pomyślałem sobie tylko, że muszą to być jacyś bardzo głupi ludzie, skoro noszą takie ubranie latem w środku pustyni Nowego Meksyku.

DW: Jasne.

DA: Kiedy już wszyscy wysiedli, wtedy wyszedł za nimi jeden mały facet. Miał na sobie krótkie spodnie khaki. Pomyślałem sobie: „O ten jest mądry! Wie jak się ubrać.” Spojrzałem na Pułkownika Williamsa, ale ten nie odezwał się ani słowem. Zapytałem go: „Czy coś jest nie tak, Pułkowniku Williams?” A on na to: „Mamy poważne kłopoty.” A za chwilę: „A któż to ten facet w spodenkach?”
Kiedy podszedł bliżej rozpoznałem go ze zdjęcia, które kiedyś pokazał mi von Braun. Pochodził z Operacji Paperclip. Nazywał się Arthur Rudolph.


On jest głównym architektem F-1 Saturn V Moon silników rakietowych Apollo. Jest też jednak Gestapowcem odpowiedzialnym za śmierć dziesiątek tysięcy w Mittelwerk, Nordhausen, gdzie budowano rakiety V-2. Von Braun powiedział mi, że jeśli on kiedykolwiek się pojawi przy moich konstrukcjach to jestem w poważnych kłopotach, ponieważ ten gość przejmie dowodzenie. Przynajmniej wiedziałem kim ten facet jest i zauważyłem, że Pułkownik Williams też dobrze wiedział i nie był z tego powodu zadowolony.

Podszedł więc do mnie, a ja wtedy: „Cześć, mam na imię David. A ty jak masz na imię?” Nie odpowiedział mi, tylko powiedział: „Jestem tylko gościem, który jeździ i ogląda sprzęt dla wojska. Rozumiem, że masz tu innego rodzaju rakietę.” Odpowiedziałem: „Tak. Chcesz ją zobaczyć?” On: „Pewnie.” Zaprowadziłem go do rakiety, stanął naprzeciwko mnie, rakieta znajdowała się pomiędzy nami. Powiedział: „Czy możesz ją otworzyć, bym mógł zajrzeć do środka?” Odpowiedziałem: „Pewnie.” Wziąłem więc duży kawałek metalu i przesunąłem go w dół poszycia, wtedy wysunął się panel. Wtedy on spojrzał na moją rękę i ten kawałek metalu i mówi: „Co to jest?” Odpowiedziałem mu: „To jest metalowy zamek. To jest stara technologia jeszcze z II Wojny Światowej. Nie masz takiego?” Zezłościł się na mnie za to. Widocznie go obraziłem. Ale najwyraźniej tego nie znał. Powiedział: „Bardzo zaawansowane.” Pomyślałem sobie: „To jest przecież stare, a nie zaawansowane.” Wetknął głowę w okolice silnika, a ja sobie pomyślałem, że to będzie dobry moment żeby coś do niego zagadnąć – ha, ha. W trakcie kiedy on tam patrzył pochyliłem się nad nim i powiedziałem mu do ucha: „Ten silnik jest milion razy potężniejszy od silników rakietowych F-1 Saturn V Moon doktorze Rudolph.”

DW: Które on zbudował.

DA: Człowieku! Podniósł głowę … i nigdy nie widziałem kogoś tak czerwonego na twarzy. Był czerwony jak burak.

DW: Ha, ha.

DA: Spojrzał na mnie i mówi: „Kim ty jesteś?” Odpowiedziałem: „jestem tylko dzieciakiem, który odpala rakiety na pastwiskach w Ohio.” Od tego momentu wszystko się posypało. Całkowicie przejął nad wszystkim kontrolę. Przejął kontrolę nad testem rakiety. Kazał mi przeprogramować nawigację do miejsca oddalonego o 456 mil, jeśli dobrze pamiętam to było to w kierunku północnego zachodu. Wylądował ją w miejscu nazywanym Groom Lake w Nevadzie. Dzisiaj nazywają to miejsce Strefą 51.

DW: Dokładnie.

DA: W 1971 roku nigdy nie słyszałem o Strefie 51. Wiedziałem tylko o Groom Lake.

DW: Co się wydarzyło kiedy dotarłeś do Groom Lake?

DA: Kiedy wydostaliśmy się z White Sands … byłem ciekaw tego Groom Lake, więc wyciągnąłem mapy do pomiarów geofizycznych, a tam było wyraźnie zaznaczone, że jest to tylko wielkie wyschnięte jezioro. Powiedziałem: „Wiesz, że ten czarny DC-9 ma gumowe opony, zaryje brzuchem w tym suchym jeziorze.” Odpowiedział mi tylko: „Zamknij się i wsiadaj do samolotu.” Miał swoje powody, ponieważ kiedy tam dolecieliśmy były tam wielkie pasy startowe. Znajdowała się tam baza lotnicza, której nie było na moich mapach. Najpierw okrążyliśmy bazę i zobaczyliśmy rakietę „Pitholem” leżącą na pustyni.

DW: To była twoja rakieta.

DA: Była dokładnie tam gdzie chcieli. To był chyba jedyny komplement jaki otrzymałem od Rudolpha. Powiedział: „Dokładnie ją wylądowałeś.” Pomyślałem do siebie: „to dobrze.”

DW: Rakieta mogła wylądować?

DA: Po bokach rakiety zbudowałem duże odsuwające się pojemniki, w których umieściłem spadochrony. Te dwa spadochrony otworzyły się, a były to spadochrony przeznaczone dla czołgów o wadze 70 ton. Rakieta, więc wylądowała jak piórko. Nie było żadnych uszkodzeń, było idealnie.

DW: Łał!

DA: Leżała tak sobie na pustyni a spadochrony dookoła niej fruwały. Wylądowaliśmy. Pamiętam, że były tam trzy hangary. Wyglądało to jak wielki plac budowy. To było 20 czerwca 1971, i cała baza była w budowie, pasy startowe, wszystko. Poszliśmy do środkowego hangaru, a ja sobie wtedy pomyślałem, że to wszystko jest bardzo dziwne i nic takiego nie ma na żadnej z moich map, a były to mapy rządowe.

DW: Ha, ha.

DA: Pomyślałem sobie: „Co to do diabła jest.” W każdym razie, wysiedliśmy z samolotu i wsiedliśmy do śmiesznie wyglądających gokartów, tylko że bardzo dużych mogących pomieścić 10-12 osób. Zajmując się nauką i będąc zorientowanym w inżynierii spojrzałem na te samochody „golfowe” i zapytałem: „Czym to jest napędzane? Nie było to na propan ani energię elektryczną.” Miało duży wlot w zagłębieniu którego było jakieś światło rozjaśniające się kiedy przyspieszał i przygaszające kiedy zwalniał.

DW: Czy miał jakąś rurę wydechową?

DA: Nie. Wydawał tylko dziwny … jakby jęk.

DW: Naprawdę?

DA: Coś jakby efekt buforowania, jak turbina. Do dziś nie mam pojęcia co to było, ale były szybkie. No wiesz, samochody golfowe mogą wyciągnąć 10 do 15 mil na godzinę (16-24 km/h), a te jechały 60-70 mil na godzinę (96-112 km/h).
Powiedział, więc do mnie: „Wsiadaj do tego”, i tak zrobiłem. Wjechaliśmy do środkowego hangaru. Zatrzymaliśmy się i tak siedzimy. Nagle przy wszystkich drzwiach zaczęły migać takie żółte światła ostrzegawcze. Wtedy z podłoża wysunęły się niewielkie słupki połączone łańcuchami, pojawiły się barierki. Pomyślałem sobie: „A to po co? Nie chcą by ludzie weszli do tego budynku?” Odpowiedź pojawiła się bardzo szybko. Cała podłoga tego hangaru zaczęła się obniżać, a była większa od sali gimnastycznej. To była winda. Pomyślałem: „Kurczę, tak duża winda z taką betonową podłogą, tu musi być ze 100 ton betonu. Na pewno nie używają łańcuchów ani kabli by wprawić w ruch coś tak ciężkiego.” No pewnie, że nie używali. Kiedy zjechaliśmy poniżej podłogi zobaczyłem w ścianach 12 obracających się przekładni ślimakowych. To były najpotężniejsze koła zębate dotychczas nam znane. Każde z nich było większe od drzewa sekwoja.

DW: Łał!

DA: Pomyślałem o tym. Pomyślałem: „Gdzie odlewają i produkują takie rzeczy?” To było po prostu niesamowite.

DW: Czyli mogły utrzymać niesamowity ciężar.

DA: Oczywiście. Mógłbyś tam zaciągnąć lotniskowiec i zjechać z nim na dół. Czyli cokolwiek tam przewozili było to bardzo ciężkie.
Zjechaliśmy na dół. Kiedy zjeżdżaliśmy liczyłem stopy i oszacowałem, że jesteśmy jakieś 200 stóp (60m) poniżej powierzchni. Człowieku, co zaraz zobaczyliśmy było niesłychane. Kiedy patrzyłeś na wprost, pozostałe trzy ściany były stałe, więc mogłeś patrzyć tylko w jedną stronę. Wyobraź sobie jaskinię Mammoth, jeśli kiedykolwiek w niej byłeś.

DW: Tak, byłem w Kentucky.

DA: W jaskini?

DW: Tak, jest ogromna.


DA: Ta była podobna tylko, że 10 razy większa.

DW: Łał!

DA: Od podłoża do czubka łukowatego sklepienia było gdzieś ze 100 stóp (30m). To dużo. Ściany były proste i prostopadłe, a w nich różne warsztaty, wnęki z hangarami oraz biura. Widzieliśmy ludzi pracujących w biurach. Jechaliśmy tym gokartem i co jakiś czas mijaliśmy te wszystkie bramy prowadzące do hangarów, niektóre z nich były częściowo otwarte. Człowieku, zobaczyłem tam rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć. Były tam bardzo niezwykłe samoloty. Nie mogłem rozeznać czy to były samoloty czy statki kosmiczne. Jechaliśmy dalej, a w kolejnym hangarze do którego brama była trochę szerzej otwarta stało jeszcze jedno cudeńko. Wyglądało to jak XB-70 Valkyrie, tylko że miało inne stery (kaczki) oraz inne wloty powietrza, więc było to coś innego. Pierwszy samolot Valkyrie został zniszczony w katastrofie, a drugi znajdował się w muzeum lotnictwa w Wright-Patterson.


DA: Co tam, więc stało?

DW: No właśnie.

DA: Podpięte do tego były przeróżne rzeczy. To coś działało, ale nie wiem jakie było tego przeznaczenie.
Jechaliśmy dalej głównym korytarzem, a po przejechaniu około ćwierć mili jego koniec był już poza zasięgiem naszego wzroku, zakrzywiał się wraz z krzywizną ziemi.

DW: Naprawdę?

DA: Tak, to miejsce było po prostu ogromne. Jechaliśmy dalej, kiedy zadałem temu facetowi bardzo proste pytanie: „A co zrobiliście z tą całą ziemią?” A oni się na mnie przez to zezłościli. Pomyślałem sobie: „Dlaczego pytanie o zwykłą ziemię tak ich zdenerwowało?” I znowu coś nie tak skomentowałem: „Czego wy tu użyliście, fazera?” Wtedy naprawdę się zezłościli. Pomyślałem: „Nadepnąłem komuś na odcisk. O co chodzi z tym miejscem?”

DW: Jak szybko jechał ten gokart?

DA: Gdzieś około 50 mil na godzinę (80 km/h).

DW: Ok.

DA: Przejechaliśmy już kawał powierzchni i nadal nie było widać końca.

DW: Łał!

DA: I tutaj dopiero zaczyna robić się ciekawie. Kiedy już trochę uspokoiłem się … nie wiedziałem, że było coś w podziemiach. Wychylałem się z za ludzi siedzących przede mną by móc lepiej wszystko zobaczyć. Zauważyłem wtedy, że gdy wyciągam rękę to nigdzie nie widzę jej cienia. Jak w komorze lakierniczej – nigdzie nie może być cienia, bo można zrobić zaciek. Nie było go nigdzie widać. Była jeszcze inna kwestia, nie potrafiłem zlokalizować źródła światła, nie widziałem tam żadnych instalacji świetlnych. Wszystko było idealnie oświetlone i do dnia dzisiejszego nie mam pojęcia jak tego dokonali. Pomyślałem sobie, że może to jest taka atmosfera, ale jak oświetlić atmosferę? Miałbyś wdychać światło?

DW: Czy robiło się jaśniej w pobliżu sklepienia? Czy wszystko było równomiernie oświetlone?

DA: Wszystko było równomiernie oświetlone do samych rogów – idealnie.

DW: Bardzo dziwne.

DA: To dobre określenie.

DW: Jedziecie dalej tym korytarzem z prędkością 80 km/h i widzicie tylko same biura?

DA: Tak.

DW: I bramy do hangarów ze statkami powietrznymi i tego typu rzeczami.

DA: Tak. I niektóre z tych bram są …

DW: Musi ich być więc setki albo i nawet tysiące.

DA: Możliwe, ale my dopiero przejechaliśmy z ćwierć mili.

DW: Łał!

DA: I zaczyna się robić coraz dziwniej, jeśli do tej pory nie było. Nie było cieni tylko idealne oświetlenie, przeogromna jaskinia o której istnieniu nie miałem pojęcia, te wszystkie zatoczki z hangarami, które i tak w większości były zamknięte. Bóg jeden wie, co mogło w nich być.

DW: Dokładnie. I jakie to dziwne, że kiedy zadajesz proste pytania to oni wszyscy się złoszczą.

DA: Tak, oni naprawdę byli wściekli. Już im prawie miałem powiedzieć: „Weźcie się uspokójcie. Ja tylko pytam.”
Tu się zaczyna robić dziwnie. Zjechaliśmy na lewo. Było tam coś podobnego do przysłony irysowej, takiej jak w aparacie fotograficznym tylko o przekroju 40 stóp (12m).

DW: Łał!

DA: To było ogromne. Zatrzymaliśmy się, kierowca wysiadł i podbiegł do szklanego panelu i położył na nim swoją dłoń. Spojrzał w coś, co przypominało celownik optyczny, błysnęło światło i otworzyły się te drzwi o kształcie przysłony.



DA: Kiedy już całkiem się otworzyły wysunął się wtedy poziomy panel wypełniając szczeliny co umożliwiło nam przejazd.

DW: Było to coś podobnego do skanera siatkówki?

DA: Tak. Siedziałem tam i zastanawiałem się: „Co to jest? Czy to jest skaner siatkówki i skaner dłoni? Przecież nie mamy nic takiego.” To był rok 1971. Nie mieliśmy wtedy komputerów, modemów, faksów, telefonów komórkowych i laptopów.

DW: No właśnie.

DA: Jeszcze wtedy nie mieliśmy nawet podręcznych kalkulatorów od Texas Instruments. One pojawiły się dopiero później.

DW: Dokładnie.

DA: A tutaj ci goście mają na ścianie skaner tęczówki i skaner dłoni, które otwierają te ogromne wyglądające ja przysłona drzwi. Zresztą nigdy nie widziałem tak wielkiej przysłony. Zastanawiałem się więc: „Kurczę, o co chodzi z tym miejscem? Naszpikowani są technologią jakiej nigdy wcześniej nie widziałem.”
Wjechaliśmy do tego pomieszczenia wielkości sali gimnastycznej, było tam ciemno, ale zaraz pojawiły się światła.

DW: Ciekawi mnie jedno. Czy uważasz, że wejście to było zabezpieczone takimi właśnie drzwiami zamiast zwykłymi w razie gdyby doszło do eksplozji i one miały powstrzymać siłę wybuchu?

DA: Albo to albo ze względów bezpieczeństwa.

DW: Ok.

DA: Na pewno nie chcieli abyś tak po prostu otworzył sobie drzwi i tam wszedł. Takich drzwi tak sobie nie otworzysz.

DW: To prawda.

DA: Moje pierwsze wrażenie: „Kurczę, za tymi drzwiami jest coś naprawdę niesamowitego, bo nie chcą by ktoś przypadkowy tam wszedł i to zobaczył.”

DW: Łał!

DW: Wjechaliśmy i zaświeciło się światło. Pomyślałem: „Dobra, zaraz znajdę źródło jego pochodzenia.” Wszędzie się rozglądałem i nie znalazłem żadnej instalacji świetlnej. Światło się rozjaśniało aż zostało wyregulowane do pełnej jasności, jaka była w korytarzu. Pomyślałem: „Boże, jak oni to robią? Dałbym wszystko, żeby się dowiedzieć.”
Zatrzymaliśmy się. Na samym końcu tego pomieszczenia stała ogromna stalowa platforma podobna do sceny. Coś znajdowało się na tej scenie, ale było to przysłonięte dookoła ogromną kurtyną, ale nie taką z materiału, tylko taką przypominającą chlapacz samochodowy. Biorąc pod uwagę, że była aż tak ogromna ważyła więc tony.

DW: Mówisz, że była ogromna, ale czy mógłbyś bardziej sprecyzować rozmiar tej sceny i kurtyny?

DA: Powiedziałbym, że sama kurtyna miała ponad 100 stóp (30m) szerokości, a wysokości około 25 stóp (7,5m). Była duża.

DW: Musiała skrywać coś wielkiego.

DA: A żebyś wiedział. Były tam kable, które biegły aż do samego sufitu i tam znikały w ciemnościach. Kto wie, co tam u góry było. W tym momencie nawet ja nie chciałem wiedzieć.
W każdym razie, podnieśli kurtynę, a my wyszliśmy z samochodu. Kiedy ją podnieśli byłem bardzo rozczarowany. Do tej pory myślałem, że wszystkich wyprzedzałem z moim silnikiem elektromagnetycznego uwięzienia plazmy - już gotowym do odpalenia na pustyni. Zobaczyłem … wyobraź sobie 18-kołową ciężarówkę z kabiną sypialną. To było długie na 70 stóp (21m).

DW: Łał!

DA: Szerokie na 25 stóp (7,5m) i wysokie na (4,5m). Był to silnik elektromagnetycznego uwięzienia plazmy – TAK DUŻY!

DW: Niesamowite!

DA: Stałem tak mając mieszane uczucia. Byłem rozczarowany, ale jednocześnie podekscytowany. No kurczę, mój miał zaledwie 2,5 stopy (76cm) długości, a to coś było monstrualne.

DW: Jak sądzisz, kiedy LeMay zobaczył twój 93 stronicowy notatnik, który pokazała mu twoja mama, czy zobaczył wtedy podobny projekt do tego bardzo cennego przedmiotu, który mieli w Strefie 51?

DA: Myślę, że zobaczyli to w Battelle.

DW: Ok.

DA: No wiesz, Battelle Memorial  w 1971 roku zatrudniało 137 Noblistów.

DW: Łał!

DA: To jest potężna organizacja. Część z nich się tego domyśliła spojrzawszy na matematykę. Na podstawie matematyki mogą stwierdzić, w którą stronę lub jaki kształt zamierzasz obrać w postaci fizycznej. Przypuszczam, że ktoś z tych ludzi wiedział o tej rzeczy i uświadomił o tym LeMay’a. W tym jednak momencie bardzo spokorniałem, ponieważ ja byłem w posiadaniu Modelu klasy A, a oni mieli Lamborghini.

DW: Niesamowite!

DA: Nawet jeśli Model klasy A i Lamborghini bardzo się od siebie różnią w mocy to obydwa mają silniki spalinowe. Mają jakieś podobieństwo.

DW: Czy miało to jakiś kolor? Jakiego było to koloru?

DA: Miało to kolor wody, jak niebiesko-zielony ocean – naprawdę ładny. Miało też połysk. W przeciwieństwie do mojego całe było otoczone szkieletem zewnętrznym, o którym pomyślałem: „Ale to dziwne.”
To wszystko przypominało pracę H.R. Giger’a (twórca postaci ksenomorfa – rasy kosmitów z serii „Obcy”, przyp. tłum.)


DW: Naprawdę?

DA: Tak. Pomyślałem sobie: „Kurczę, co to jest?” Musiałem, więc spytać. Spojrzałem na Rudolpha i zapytałem: „Czy to coś jest maszyną, czy żywym organizmem?” Nie wiedziałem, bo szkielet zewnętrzny wyglądał jak z kości.

DW: Naprawdę?

DA: Powiedziałem: „Kurczę, jedyne co mogę powiedzieć to, że wygląda to jak Obcy!”

DW: Kiedy mówisz, że przypominało to kości i było egzoszkieletem, czy konstrukcja ta była regularna jak drut w siatce? Czy może niektóre jej części były grubsze, a niektóre cieńsze? Miały dendryty?

DA: Wiesz, podobnie do żeber w klatce piersiowej, które są trochę grubsze przy kręgosłupie. Ta „klatka” to wszystko obejmowała. Bardzo dobrze to zabezpieczała.
Do platformy, na której się znajdowała prowadziły stopnie.

DW: W tej „klatce”?

DA: Nie. Mówimy teraz o platformie.

DW: Acha.

DA: Odwróciłem się i zapytałem Rudolpha: „Czy mogę wejść na platformę i zobaczyć to z bliska?” Ludzie z lotnictwa opowiedzieli: „Nie”, a Rudolf: „Tak”. Oczywiście on tu dowodził, bo tamci zaraz zamilkli.
Wszedłem po stopniach na platformę i podszedłem do tego i wtedy zaczęły się dziać naprawdę dziwne rzeczy. Jeśli do tej pory myślałeś, że było dziwnie to teraz zaczęło się jeszcze bardziej.
Pierwszą rzecz jaką zauważyłem, że na to coś padał mój cień. A do tej pory nigdzie nie widziałem żadnych cieni.

DW: Żadnych cieni.

DA: Obracam się w kółko, rozglądam się wszędzie i nadal nie widzę żadnych świateł. Jest tu jasno bez instalacji świetlnych i żadnych cieni. A teraz przede mną jest ta rzecz, na której znajduje się mój cień. Oczywiście, jak na to miejsce to normalka.
Zauważyłem coś jeszcze. Jak na moje niewielkie urządzenie to miałem tam z 5 mil okablowania, śrub, nakrętek, połączeń spawanych i różnych rzeczy. A to cholerstwo jak wielkie by nie było nie miało ani jednej śrubki, jednego nitu, spawania, spoiny. Wyglądało jakby urosło, jak jakiś bakłażan.
Miałem ogromną ochotę obrócić się i zapytać się go: „Jak wyście do diabła to wybudowali?” Ale doszedłem do wniosku, że i tak narobiłem sobie kłopotu pytając się o ziemię. Jeśli zapytam i oto to dopiero oszaleją.

DW: Kiedy mówisz, że było to koloru błękitnej wody, to czy było lśniące, czy matowe? Czy było trochę jak aluminium? Zawierało jakieś cząsteczki?

DA: Zależy o jakiej części mowa. Egzoszkielet był matowy. Duże okrągłe kule, w moim silniku były to cyklotrony, tutaj były koloru błękitnej wody i były gładkie.
Kiedy do tego podszedłem i zobaczyłem na tym swój cień, podniosłem wtedy ręce do góry i zauważyłem, że cień był opóźniony o ułamek sekundy.

DW: To dziwne.

DA: Przyglądałem się temu, a kiedy odwróciłem się do Rudolpha ten wyglądał na zadowolonego. Mogłem to z niego wyczytać: „No, wreszcie zacząłeś rozumieć i łapiesz, o co tu chodzi.” Spojrzałem na niego i to był jedyny raz kiedy naprawdę nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. No wiesz, wojskowi są jakby z innego świata.
Powiedziałem: „Czy ten stop rozpoznaje ciepło?” Odbierało moje promieniowanie termiczne i odbijało je na swoim korpusie. Pomyślałem: „Kurczę, całkiem to fajne.”

DW: Niestety ale muszę ci przerwać, gdyż kręcimy to w odcinkach.

DA: No tak.

DW: Jest to już cały czas jaki mogliśmy przeznaczyć na ten odcinek. To jest bardzo fascynujące. Przepraszam, że zostawiamy was w napięciu, ale w następnym odcinku wrócimy z Davidem Adairem jako gościem specjalnym Kosmicznego Ujawnienia. Nazywam się David Wilcock i dziękuję wam za oglądanie.




Przetłumaczyła: Vortena

Copyright © 2012, Wszystkie prawa do kopiowania, używania, dystrybucji oraz przetwarzania powyższego tekstu zarezerwowane przez Sławomira Lernacińskiego.

Printfriendly